Wspomnienia o naszych Patronach

Niedziela zawsze miała zapach ciasta. Mocny, aromatyczny zapach, pełen słodyczy, ciepła i błogiego bezpieczeństwa. Czasem było to ciasto upieczone w okrągłej formie, które wypełnione szczodrze słodkimi jabłkami i posypane kruszonką, rozsyłało w przestrzeń zawrotną woń cynamonu. W inną niedzielę, z piekarnika wychodziło ciasto drożdżowe wypełnione wiśniami z syropu, które zawsze rosło tak zapamiętale, że zdawało się wprost rozsadzać wąską prostokątną foremkę. A czasem, choć najrzadziej, ciasto przybierało też postać dużego kwadratowego placka, który ozdobiony siekanymi orzechami i przyprószony kryształkami cukru, kusił domowników obietnicą tajemniczego, nieco kwaskowego w smaku wnętrza. To wnętrze będące autorskim pomysłem pani domu, stało się potem jednym z największych przysmaków wszystkich członków rodziny.   Tak, niedzielne ciasto wychodzące spod rąk Antoniny należało do tych rodzinnych zwyczajów, które kultywowano w domu zawsze, niezależnie od dziejowych czasów i życiowych okoliczności.  Musiało być zawsze. I było.

Praca nad słodkim wypiekiem ruszała już o poranku. Kuchnia zamieniała się wtedy w…, nie wcale nie w pole bitwy, bo Antonina była mistrzynią organizacji i domowej logistyki, a prace kuchenne szczerze lubiła. Nie, kuchnia zamieniała się wówczas w spektakl. I przeważnie było to spektakl dla tylko jednego, ale za to wyjątkowego widza. Teresa, zawsze siedząc z podwiniętymi nogami na kuchennym krześle, nie odrywała oczu od rąk swojej mamy, która jak zdawać by się mogło, jednocześnie kroiła, mieszała, ugniatała i ozdabiała swe dzieła.  Kiedy ciasto wreszcie trafiało do piekarnika, Teresa nie odrywała od niego oczu, a gdy wreszcie gotowy wypiek trafiał dumnie na kuchenny parapet, wtedy rodzinna fryga, mimo ostrzeżeń i zakazów, tak uroczo kręciła się w jego pobliżu, że zawsze udawało jej się szybko uszczknąć co nieco z gorącego jeszcze ciasta. Uwielbiała to. Ciasto stygło potem jeszcze przez jakiś czas na parapecie i rozsyłało swe cudowne wonie w głąb całego mieszkania, a latem, przy otwartych oknach, również i  w czeluście mokotowskiego podwórka.

Tak, zapach niedzieli był zapachem ciasta… A jaki zapach miała sobota?

Sobota miała zapach krochmalu. Delikatny, ale charakterystyczny zapach, który towarzyszył każdemu ładunkowi prania. Bo w domu Żabińskich krochmaliło się nie tylko pościel, obrusy czy większe tekstylia. Krochmal dodawano niemal do wszystkiego.  Antonina lubiła krochmalić i własne sukienki i wizytowe koszule Jana, ale też skromne chusteczki do nosa i pojedyncze drobiazgi. A dzieciństwo kojarzyło się Teresie też między innymi, ze spaniem w mocno wykrochmalonej, nieco sztywnej i świeżej pościeli. Kiedy już po wielu, wielu latach, Teresa przyjechała do ZOO, by spędzić kilka dni i nocy w swoim dawnym rodzinnym domu, zamieszkała w pokoju, który zaraz po wojnie służył całej rodzinie, jako wspólne lokum. Łóżko dla Teresy, na Jej gorącą prośbę, zostało ustawione dokładnie w tym samym miejscu, gdzie kiedyś stał niewygodny tapczan, na którym spała Antonina.

Rankiem zapytałam Teresę, jak spędziła tę pierwszą noc w ZOO. „Było wprost cudownie – powiedziała. Schody skrzypią jak dawniej, rano przez okna znów słyszę krzyki fok i wołania małp, znów jestem w swoim domu. Tylko pościel jest inna. Nikt już nie używa krochmalu, tak jak robiła to moja matka. Szkoda. Zapach krochmalu był częścią mojego dzieciństwa”.

Na szczęście jednak, na ów drobny brak mogłam coś zaradzić i następną noc minęła Teresie już pod słonecznie żółtą pościelą, wykrochmaloną niemal do granic niemożliwości. Rano, gdy przyszłam z powitalną kawą, Teresa objęła mnie i szepnęła tylko-„Jesteś kochana. Dziś naprawdę wróciłam do domu. Dziękuję”.